Chińska Dolina Krzemowa okiem polskiego YouTubera – rozmowa z Kubą Klawiterem i Patrycją Szeblą

Jakub Kołodyński, ChinyTech.pl (JK) – Wróciliście właśnie z Chin, tak?

Kuba Klawiter (KK), Patrycja Szebla (PS) – Tak.

JK – Pierwszy raz?

KK – Tak.

PS – Tak, ale nie ostatni!

JK – Co w takim razie było powodem Waszego wyjazdu?

KK – Pomysł był taki, że przez długi czas produkowaliśmy program o gadżetach do telewizji i na Youtube, ale nam się to trochę znudziło i stwierdziliśmy, że nie chcemy tego tak robić. Dodatkowo telewizja chciała, żebyśmy wciąż coś dla niej robili i wpadłem na taki pomysł, że może w takim razie opowiadać ludziom o miejscach, gdzie powstają te wszystkie gadżety. I to był chyba taki moment, kiedy pomyśleliśmy: „ej, to pojedźmy tam, gdzie są te fabryki, zobaczmy, jak to powstaje, sprawdźmy jak ludziom tam się żyje”. I w takiej sytuacji to Chiny pojawiają się naturalnie, nie trzeba się długo zastanawiać. Oczywiście jak głębiej się poszpera to pojawiają się też inne państwa, ale stwierdziliśmy, że Chiny są idealnym początkiem takiej przygody i serii, przy założeniu, że oczywiście to wszystko się uda. A jadąc do Chin nie mieliśmy zielonego pojęcia czy pomysł na program, który chcieliśmy stamtąd przywieźć w ogóle się zmaterializuje w takiej postaci w jakiej to sobie wymyśleliśmy. Chcieliśmy przywieźć coś co będzie zjadliwe dla widzów. Mówiąc wprost, to coś takiego co będzie się dało oglądać.

JK – I co da się oglądać?

KK – Nam się podoba. Ale nie wiemy, czy to nie jest trochę jak film z wesela, że jak w nim jesteś to Ci się podoba, a inni się z tym męczą.

PS – Jesteśmy na etapie montażu drugiego odcinka, a odcinków będzie cztery. I ten pierwszy i drugi wygląda całkiem dobrze.

KK – Seria pojawi się dopiero w październiku, myślę więc, że mamy jeszcze sporo czasu, żeby ochłonąć i spojrzeć na to wszystko trzeźwym okiem. Ale nigdy nie wiadomo, być może w stacji powiedzą: „co Wy nam tutaj przywieźliście?” i wtedy wszystko wpuścimy na YouTube.

JK – No właśnie, bo nagrywaliście materiał dla stacji telewizyjnej, czy przygotowanie do takich nagrań w jakiś znaczący sposób różni się od nagrywania na YouTube?

PS – W sumie najbardziej czasochłonnym etapem była pre-produkcja związana z umawianiem spotkań, fabryk, ludzi, z którymi chcieliśmy rozmawiać o tym jak się rozwija technologia, ludzi, którzy byli związani ze startupami (chińskimi i polskimi, ponieważ mamy też polski inkubator startupowy w Chinach). To była chyba największa praca. Jeśli chodzi o sprzęt, to można zabrać wielki sprzęt telewizyjny, ale są też takie urządzenia, które spełniają wymagania techniczne telewizji, a są dużo bardziej kompaktowe, poręczne i mniejsze. I taki sprzęt zabraliśmy. Obawialiśmy, że nie będziemy mogli go wyciągnąć w różnych miejscach i nastawialiśmy się na to, że niektóre rzeczy nagramy telefonem (i zresztą niektóre tak nagraliśmy), ale zasadniczo nie mieliśmy żadnego problemu na miejscu. Można mieć więc mniejszy sprzęt, który nie wzbudza sensacji.

KK – Mówisz, że nie ma z tym problemu, ale jednak jak ktoś z Zachodu myśli o robieniu jakiegokolwiek programu, to naturalnie myśli się o pewnych problemach. My pracowaliśmy z tym komfortem, że nikt nam nie przeszkadzał. Natomiast oczywiście ta miniaturyzacja technologii sprawia, że można wziąć dość małe kamery i można nakręcić całkiem fajny materiał. Zresztą w przypadku takiej dokumentalnej formy, to telewizja dopuszcza trochę inne standardy. Ostatecznie jakość nie jest najważniejsza, a najważniejsza jest w tym przypadku treść.

JK – Wzbudzaliście zainteresowanie w przestrzeni publicznej?

PS – Były takie dwa czy trzy momenty, kiedy Chińczycy podchodzili i robili sobie z nami zdjęcia i byli zafascynowani, że coś nagrywamy i kamera, ekipa i w ogóle.

KK – Myślę, że Chińczycy są dość zachowawczy, jeśli chodzi o pokazywanie czy ich coś interesuje czy nie. Ci, którzy się przełamywali, to rzeczywiście podchodzili i …nie pytali, bo po angielsku ciężko się było przemóc i powiedzieć coś, robili sobie zdjęcia. Zwracaliśmy zainteresowanie, ale nie w przesadnym stopniu. I dobrze, bo nie chcieliśmy zbytnio interesować ludzi.

JK – Co robiliście na miejscu i czy udało się Wam nagrać wszystko co sobie zakładaliście?

PS – To jest dość ciekawa historia, bo o tym, że będziemy nagrywać program wiedzieliśmy już od jakiś 6 miesięcy. Na początku wydawało nam się, że znajdziemy sobie wszystkie miejsca, firmy (większe i mniejsze), startupy, producentów i dystrybutorów, których chcemy odwiedzić. Myśleliśmy, że wyślemy maila i ktoś odpowie i będzie tak łatwo. Jednak życie zweryfikowało jak wygląda ten proces i okazało się, że to nie jest jednak takie łatwe. Tzn. na maile nie przychodziły odpowiedzi, albo przychodziły zdawkowe, że porozmawiamy później, a później ktoś się przestawał odzywać, lub w ostatnim momencie dawał nam znać, że jednak się nie spotka. I w pewnym momencie doszłam do ściany i stwierdziłam, że coś jest nie tak – wyjeżdżamy za miesiąc i nagle kolejne spotkania są odwoływane i tak na dobrą sprawę nie mamy po co jechać. Wtedy zaczęłam szukać kontaktów i ludzi, którzy tam żyją na grupach wechatowych.

JK – Macie też WeChat?

PS – Tak oczywiście, mamy! I poprzez tę aplikację, którą posługują się Chińczycy zaczęłam pisać na forach, grupach, potem z tych grup wyłonili się Polacy, którzy chcieli mi pomóc, z tych Polaków ich znajomi, którzy się do mnie odezwali, że mogą mi pomóc. Ostatecznie tak się ułożyło, że spotkałam na swojej WeChatowej drodze ludzi, którzy mieli znajomych w różnych firmach. Więc poprzez guanxi udało się nam zbudować cały wyjazd.

KK – Rzeczywiście, ten proces budowania relacji i zaufania jest dość długi, zwłaszcza jeśli chce się nawiązać współpracę z dużą, politycznie umocowaną firmą. Przez te zależności polityczne, do dużych firm trudniej się dobić, mniejsze startupy mają więcej swobody i pewnie dlatego łatwiej im wyjść do takich zagraniczniaków jak my. Dlatego serdecznie dziękujemy za wszelką pomoc przy organizacji tego wyjazdu.

JK – Odwiedziliście głównie Chińską Dolinę Krzemową, czyli Shenzhen i Kanton. Co tam robiliście?

KK – Interesowało nas to jak powstają różne gadżety, jak powstają różne technologiczne nowinki. Wiedzieliśmy, że w opinii przeciętnego Europejczyka Chiny to po prostu wielka fabryka technologii. I nie bez powodu Shenzhen nazywane jest hardwarową stolicą świata. Rzeczywiście całe HuaQiangBei jest wypchane elektroniką raczej ze średniej, jeśli nie z niskiej półki. Ale w sumie można tam znaleźć wszystko czego tylko człowiek potrzebuje. Można tam sobie złożyć iPhona i zweryfikowaliśmy to! Ale pojechaliśmy tam nie tylko, żeby spotkać się z ludźmi, którzy mają fabryki i produkują sprzęty, które również pojawiają się na polskim rynku.

JK – Można łatwo takie rzeczy tam znaleźć?

KK – Tak. Niesamowite ilości pojazdów elektrycznych i elektroniki stamtąd właśnie są ściągane do Polski i w tym rejonie, w którym my byliśmy Chińczycy bardzo poważnie traktują Polaków jako partnerów biznesowych i wiedzą, że w naszym kraju jest duży potencjał. I poza tym co dla nas jest dość oczywiste, chcieliśmy też sprawdzić czy rzeczywiście to co Chińczycy próbują przekazać światu, czyli, że oni już teraz tworzą, a nie kopiują – jest prawdą. I tak skupiliśmy się na firmach, które zajmują się designem, firmach, które same wymyślają produkty od początku. Chodziło o taką technologię, która rodzi się w Chinach, jest całkowicie efektem pracy Chińczyków. I tutaj zdania są podzielone czy to jest możliwe czy nie.

JK – A jak jest?

Niektórzy twierdzą, że jest to możliwe, jeśli Chińczyk wyjedzie za granicę studiować i wróci z otwartym umysłem. Druga opinia to taka, że taki Chińczyk mieszkając od dziecka w Chinach i nie opuszczając ich granic nie będzie w stanie wymyśleć wielu kreatywnych rzeczy, ale uważam, że taka opinia jest krzywdząca dla Chińczyków. Głównie dlatego, że spotkaliśmy wielu ludzi, którzy są superotwarci, którzy mają pomysły, mają też tą swoją ideę, z którą można się zgadzać, bądź nie – że kiedyś rzeczywiście zajmowali się kopiowaniem, ale to ewoluowało i obecnie jest to z korzyścią dla świata, bo kopiując nauczyli się jak wygląda technologia od środka i teraz mogą ulepszać i wymyślać swoją, lepszą od tej którą kiedyś kopiowali. Nie zmienia to faktu, że jednak kiedyś kopiowali i nadal można spotkać Chińczyka, który np. przed kamerą tego nie powie, ale poza kamerą powie – patrz, to jest JBL tylko bez naklejki!

PS – Ale ich podejście też jest zupełnie inne, ponieważ uważają, że nie robią nic złego, ponieważ mogą na tym zarabiać.

KK – Rzeczywiście, najlepiej byłoby chyba pozmieniać bieguny etyczne w tej kwestii. Jeśli dobrze kopiujesz, to jest to coś godnego uwagi i uznania społecznego. A jeszcze lepiej jak możesz na tym zarobić.

JK – Jak Wasz obraz Chin sprzed wyjazdu zweryfikował sam wyjazd?

PS – Ja uwielbiam deski elektryczne, więc gdy po raz pierwszy pojechaliśmy do fabryki i jej właściciela, z którym od dwóch lat kontaktujemy się mailowo i w końcu mogłam ją zobaczyć, a jego poznać, to byłam bardzo szczęśliwa, że nareszcie ta chwila nastąpiła. Pierwsza odwiedzona fabryka wywarła na mnie największe wrażenie; druga, trzecia, czwarta i piąta w kolejności już nie była aż takim przeżyciem. Ale to było niesamowite, że można w końcu odwiedzić tego znajomego Chińczyka i poznać jego współpracowników.

To co mnie zaskoczyło w Chinach, zdziwiło i zafascynowało równocześnie, to to w jaki sposób prowadzi się tam biznesy. To, że nie jest aż tak istotne co się spisze w umowie, ale najważniejsze jest to co się ustali z drugim człowiekiem. Każdemu zależy na tym, żeby doprowadzić projekt do końca tak, by obie strony były zadowolone. Nie ma natomiast straszenia się karami umownymi itd. Dlatego bardzo podoba mi się ichniejszy sposób rozwiązywania problemów biznesowych. I szczerze mówiąc mam nadzieję, że podobnie będziemy mogli między sobą tak współpracować również w Polsce.

JK – A co z odbiorem rozwijanej tam technologii? Zrobiło coś na Was jakieś szczególne wrażenie?

KK – Ja mam w pewnym sensie wyprany mózg i mam wrażenie, że Chińczycy są przekonywujący w tym co robią i mój wniosek jest taki, że ta prędkość z jaką się rozwijają, a mówi się czasem o prędkości Shenzhen, jest rzeczywiście imponująca. Inna rzecz, że Chińczycy nie robią czegoś co robimy my w Europie czy Stanach, gdzie mamy rozwiniętą kulturę startupową, gdzie czeka się na kolejną turę dofinansowania od inwestorów, a potem… zobaczymy co się wydarzy, a przy czwartej kończymy biznes i mówimy sobie sorry, nie wyszło, jedziemy na wakacje. Natomiast zauważyłem, że Chińczycy nie robią rzeczy, które się nie opłacają. Mają superpragmatyczne podejście i to widać na każdym kroku i w technologii moim zdaniem to jest ważne. Chociaż paradoksem jest to, że w tym samym czasie, kiedy w Europie czy Stanach robi się przykładowo 200 prototypów, z których powstaje jeden produkt, to w Chinach powstanie oczywiście 200 produktów, po to żeby rynek to zweryfikował. Więc niestety rynek jest trochę jednak zawalony takim śmietnikiem, z jednej strony, ale z drugiej nie spotkasz tam Lime, Hive czy innych hulajnóg, bo oni uważają, że to się nie opłaca. A skoro się nie opłaca, to nie będzie wprowadzane na rynek. Więc patrząc na to z boku można odnieść wrażenie, że takie podejście jest dość sensowne. Druga rzecz, która mnie tam zaintrygowała, to to, że przyjeżdżając tam myślisz sobie – no tak, rynek chiński, 1,4 mld ludzi. I zastanawiasz się dlaczego Ci ludzie z fabryki chcą cokolwiek wysyłać do Polski, gdzie jest jedynie 36 mln ludzi, dlaczego oni się tym interesują. A oni bardzo spokojnie patrzą na wszystkie rynki – jesteśmy obecni na rynku w Chinach, chcemy być obecni tu, chcemy w przyszłości być obecni tam, itd. I patrzą bardzo długoterminowo i mam świadomość, że jest to truizm dla wszystkich, którzy znają się na Chinach i zajmują się Chinami zawodowo, ale ten wyjazd tylko mnie w tym upewnił, że ich spojrzenie na rozwój jest bardzo długoterminowe. I to w sumie jest gdzieś zapisane w ich kulturze, że nie myślimy jedynie perspektywą 4 lat, ale myślisz perspektywą przyszłych pokoleń. Myślisz perspektywą tego, że trzeba zadbać teraz o środowisko, że trzeba emitować mnie smogu (pomijam tutaj chiński plastik, którego jest bardzo dużo wszędzie), i chociażby to, że w całym Shenzhen wszystkie autobusy i taksówki są elektryczne, jest bardzo imponujące.

JK – A druga strona medalu?

KK – Jest też oczywiście. Jak coś się zepsuje to Chińczycy najpewniej to wymienią na nowe, zamiast naprawić. I tak na przykład budynki w Shenzhen zwłaszcza te stare, no to takie które mają kilkadziesiąt lat. Pewnie najstarszy jest i tak McDonald, który ma 20 lat, bo samo Shenzhen w zasadzie obecnie zostało całkowicie zbudowane od nowa. Ale wracając do technologii, to jeśli ktoś myśli, że chce działać w technologii, to najbliższe 10 lat powinien działać tam właśnie. Może zapomnieć o Stanach, może zapomnieć o Europie. Trzeba po prostu jechać do Chin i być tam w chińskiej Dolinie Krzemowej.

JK – Aż tak wielki potencjał się tam kryje?

KK – Tak. Kolejna ciekawostka, to np. nasze patenty. Jeśli chcesz zgłosić patent w Polsce, to musisz czekać na jego wydanie jakieś dwa lata i wtedy dopiero być może taki patent od Urzędu Patentowego dostaniesz. Natomiast Chińczycy myślą zupełnie inaczej. Nie widzą sensu w patentowaniu czegoś przez okres dwóch lat, bo wiedzą, że po dwóch latach ta technologia nie będzie miała już zastosowania. Dodatkowo do niedawna nie patentowali niczego, bo nie uważali tego za konieczne. Ale ostatnio zaczęli patentować, ponieważ obecnie już tworzą technologię, a nie ktoś inny. I teraz taki patent w Chinach jesteśmy w stanie dostać już po pół roku. I to jest świetne, bo wchodzisz na rynek chiński, patentujesz produkt, jesteś chroniony, produkujesz produkt. To też jest bardzo cwane z ich strony, bo bardzo duże środki finansowe wydają na dotowanie zagranicznych specjalistów. Ściągają ich, płacą im, dzięki temu zagraniczni twórcy mogą w Chinach tworzyć i w sumie dzięki tym wszystkim udogodnieniom mogą się poczuć jakby trafili do technologicznego raju. Już na drugim planie pozostają kwestie związane z być może brakiem pełnej swobody, wszechobecnymi kamerami i rejestrowanym każdym naszym kroku.

JK – Oprócz wizytacji miejsc produkcji sprzętu chcieliście poznać coś jeszcze?

KK – Ja osobiście miałem taki prywatny cel, żeby dowiedzieć się więcej na temat tego niejasnego projektu Społecznego Systemu Oceny obywateli. Jest to temat rozdmuchany przez media, ale jednak nie do końca te media zadały sobie trud, żeby zbadać to na miejscu. My zadaliśmy sobie trochę trudu, żeby to zbadać, ale rzeczywiście w pewnym momencie trafiamy na ścianę i nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć ze 100% pewnością w jaki sposób i czy ten system działa. Wiadomo, że system jest testowany m.in. tam gdzie są Ujgurzy, jednak cel testów właśnie w tamtym miejscu nie jest już tak oczywisty. Wiadomo również, że w innych prowincjach, również testuje się ten system poprzez monitoring uliczny, monitoring płatności i zakupów. Poprzez analizę m.in. tych danych dany Chińczyk może bądź nie może, kupić sobie bilet na autobus czy samolot. Ale zasadniczo to wszystko nie różni się jakoś bardzo od usług Googla. Bo przecież i tam można wejść sobie na stronę i przejrzeć całą historię swojej aktywności. Nie różni się to również zbytnio od tego co możemy zaobserwować w Stanach i Europie, a mianowicie, że tutejsza władza również może nas monitorować i śledzić poprzez nasze smartfony. I w sumie jestem w stanie zrozumieć Chińczyków, którzy mówią, że dzięki temu systemowi czują się bezpieczniejsi, a po drugie mają świadomość, że ktoś z długiem na kilkanaście milionów juanów nie będzie uciekał przez cztery lata i kombinował jak tutaj uciec przed wymiarem sprawiedliwości. Można powiedzieć, że w taki sposób Chińczycy sprzedali swoją wolność za bezpieczeństwo, ale mam wrażenie, że cały świat czeka taka transakcja i nie uciekniemy przed tym. Technologia w tym momencie już całkowicie nas otacza. Przez to wszystko, wydaje mi się, że jakoś jesteśmy w stanie wytłumaczyć istnienie tego systemu w Chinach. Inna rzecz, to to czy on się komuś podoba czy nie, bo jak dla mnie jest trochę przerażający. Możemy jedynie się zastanawiać co się wydarzy, jeśli władzę w kraju przejmie ktoś, kto będzie miał już inne cele niż tylko ochrona obywateli, ale znowu, to również może się także wydarzyć wszędzie indziej. Często słyszymy, jak ktoś u nas mówi, że gdzieś tam jest monitoring, ale jak komuś ukradziono samochód, to akurat to się tam nie nagrało. A w Chinach się nagrało, tam się wszystko nagrywa. Tam nie ma opcji, żeby się nie nagrało (śmiech). Nasz monitoring i tak w wielu przypadkach jest do kitu, a tam przynajmniej kamery spełniają swoją funkcję i faktycznie ewentualne akty wandalizmu mogą być zrejestrowane. Ale oczywiście w głowie Europejczyka, a w mojej to już na pewno, pojawia się myśl a co, jeśli władza będzie chciała zrobić z tym jakiś inny nienajlepszy użytek? No i w takiej sytuacji już nie masz odwrotu. Jesteś już w tych systemach i np. nie będziesz mógł wyjechać z kraju. Więc jest taki delikatny zgrzyt. Bo w sumie wszystko jest dobrze, kiedy wszystko jest w rękach ludzi, którzy może nie są idealni, ale przynajmniej nie mają złych intencji. Można wyjść z założenia, że nie zrobiłem nic złego partii czy krajowi, więc co oni mogą mi zrobić złego, ale gdzieś z tylu głowy włącza się taka lampka ostrzegawcza.

JK – Dokonaliście w Chinach jakiś ciekawych odkryć gadżetów?

PS – Moim nieulubionym odkryciem był wiatrak, którego Kuba przywiózł z jednej z fabryk. Chińczycy używają go w metrze czy chodzą z nim po ulicach. Trzyma się go za rączkę i z jednej strony jest wiatrak, a z drugiej lusterko. Kuba wrócił pewnego dnia z fabryki i mówi: „Mam dla Ciebie świetny gadżet!” (śmiech)…

KK – … i Patrycji się on nie spodobał, a Chinki bardzo często z czymś takim chodzą. Zresztą to bardzo poręczne, bo tam jest cały czas bardzo gorąco. Inny gadżet nie tak bardzo technologiczny to parasole. Chińczycy używają ich jako parasole przeciwsłoneczne, nie używają okularów. Więc nasz dźwiękowiec jak wychodził z hotelu w okularach, to wyglądał jak Stevie Wonder. I musieliśmy go prowadzić po ulicach Shenzhen.

A jeśli chodzi o gadżety technologiczne, to w zasadzie żyjemy w tak bardzo globalnej wiosce, że o większości rzeczach gdzieś tam już słyszeliśmy. To co wydaje mi się, że jest jeszcze w Polsce niedocenionym gadżetem są ledy. Na samym HuaQiangBei w Shenzhen jest jeden, a być może i więcej, wieżowiec, w którym sprzedaje się na wszystkich piętrach tylko i wyłącznie ledy. I ledy pojawiają się w naszym życiu praktycznie wszędzie, są dołączane do wszystkiego, używane w różnych lampach filmowych (co akurat jest nam bliskie), w deskach, na budynkach. Ledy to jest w ogóle przyszłość prawdopodobnie! I to, że Chińczycy tak mocno stawiają na ledy, zwróciło moją uwagę.

JK – Kochacie małe pojazdy elektryczne, zobaczyliście ich miejsce produkcji?

KK – Byliśmy też w centrum produkcji pojazdów elektrycznych na świat. Tzn. tam, gdzie produkuje się hulajnogi, deski i inne jeździki.  Przypuszczam, że ok. 80% światowej produkcji pochodzi właśnie stamtąd, a oni jeżdżą takimi elektrycznymi motorowerami-skutery, które nie wyglądają najlepiej, ale nawet trzyosobowa rodzina nie ma problemu, żeby się na niego zapakować. W sumie my tutaj też na Lime jesteśmy w stanie we trójkę pojechać, ale tamten środek transportu jest dużo bardziej stabilny dla takiej ilości osób. I to nas właśnie zaskoczyło, że na ulicach nie widzi się hulajnóg tylko skuterki.

JK – Jakieś chińskie rozwiązanie technologiczne, którego brak w Polsce?

PS – Wszechobecnych boxów z powerbankami do wypożyczenia. Powerbanki są w każdym lokalu usługowym, u fryzjera, dentysty, w sklepiku, itd. Można je wypożyczyć w jednym, a oddać w innym miejscu. To niesamowicie popularna usługa, której u nas niestety jeszcze niema.

KK – No właśnie, zastanowiło nas to, że w Polsce tego jeszcze nie ma. Prawdopodobnie ktoś to sobie przeliczył i po prostu w Polsce z jakiś powodów to się jeszcze nie opłaca. Przecież tylu ludzi biznesu jeździ z Polski do Chin i na pewno widzieli ten pomysł, a jednak do tej pory jeszcze tego w Polsce nikt nie wprowadził.

Zaskoczyło nas jeszcze NFC. My to mamy w telefonach i mocno o to walczymy, żebyśmy mieli, a oni mają płatności przez WeChata i Alipay. Tutaj jednak jakiekolwiek zmiany byłyby ciężkie do przeprowadzenia m.in. przez wielkie lobby bankowe. Ważne jest jednak to, że fintech się teraz bardzo mocno rozwija w Europie, a Chińczykom jednak wydaje się, że nie jest potrzebna jakaś większa zmiana w fintechu, bo mają te swoje dwie aplikacje i koniec.

PS – Fajne jest też w Chinach to, że starsi ludzie są dużo lepiej zaznajomieni z technologią. Osoby starsze, które idą na zakupy nie mają zupełnie problemu, żeby płacić WeChatem. Używają aplikacji do płatności, do rezerwacji wizyty u lekarza, zakupu biletów itd.

KK – To też jest w sumie coś, co pewnie i nas niebawem czeka, mianowicie, że wszystkie aplikacje są w jednej. I to w sumie jest dobry kierunek, bo ludziom nie chce się mieć kilkudziesięciu aplikacji, skoro można wszystko załatwić dzięki jednej.

JK – Na początku wspomnieliście, że jest to pierwszy, ale nie ostatni wyjazd do Chin. Jakie więc macie plany?

PS – Ja na pewno chciałabym do Chin wrócić prywatnie. Przez ten miesiąc cały czas nagrywaliśmy, ale ze względu na to, że bardzo mi się tam spodobało – jest tam ciepło, a ja lubię ciepło, bardzo posmakowała mi chińska kuchnia. A i zawodowo myślę już o tym, jak kontakty zdobyte podczas tego wyjazdu, można wykorzystać do podjęcia jakichś współprac w przyszłości. A, że z partnerami biznesowymi trzeba się spotykać, to trzeba już planować delegacje.

KK – Mi się wydaje, że skoro powiedziałem „A”, że ktoś, jeśli poważnie myśli o technologii, to najbliższe 10 lat powinien spędzić w tamtym regionie, to jeśli ktoś raportuje o technologii, to koniecznie od czasu do czasu powinien tam być. Wydaje mi się więc, że to co zobaczyłem jest takim małym zalążkiem, ale nie ma lepszego miejsca, gdzie możesz być na bieżąco. Patrząc z perspektywy Chin, zupełnie inaczej myślisz o Europie, o Stanach i o wszystkich imprezach targowych, które mają miejsce w ciągu roku. I tak na dobrą sprawę to w kwestii targów, jedynie CES w Stanach w Las Vegas to jeszcze jest takie miejsce, gdzie możesz zobaczyć rzeczywiście chińskie firmy, które chcą się pokazać i można je tam spotkać. Teraz w zasadzie, jeśli chcesz być na bieżąco z technologią i gadżetami, to musisz być w Chinach. Tak jak kiedyś Japonia wyprzedzała Europę i Stany, tak teraz to Chiny są do przodu. I dla kogoś kto zajmuje się opowiadaniem o gadżetach w Internecie, to jest to wymarzone miejsce.

JK – A czy w ogóle udało się Wam nauczyć czegoś po chińsku?

KK – Xiexie, guanxi, nihao. Tak do pięciu słów jesteśmy w stanie wypowiedzieć. Natomiast co to odkryliśmy ciekawego, to, że Chińczycy obsługujący polski rynek w wielu fabrykach i firmach to absolwenci polonistyki mówiący biegle po polsku. I to robi wrażenie.

JK – Dziękuję

KK, PS – Dziękujemy

 

 

 

Programy Kuby z Chin (i nie tylko) można oglądać na jego kanale na YouTube. Polecamy!

©ChinyTech.pl 2019